IN4.pl - mobilna

MAXCOM Fit FW22 Clasic Smartwatch

2022-05-21 13:41, Autor: Sławomir Kwasowski (SlawoyAMD)

Strona 1 - Wygląd

Moda na przedmioty, styl, ubrania i inne rzeczy ma to do siebie, że szybko przychodzi, ale i szybko przemija. Jedno jednak jest pewne, że wcześniej lub później ktoś znów sięgnie po to, co kiedyś ktoś stworzył i "stare" stanie się ponownie naszym zakupowym pragnieniem... Ostatnio do mody wraca oldschoolowa stylistyka. Nowoczesne, cyfrowe, multimedialne radia Internetowe, są stylizowane na przedwojenne odbiorniki Vintage, a ten trend zaczyna też dopadać pomału komputerowe obudowy. To nie jedyne dziedziny nowoczesnego świata wokół nas, w których możemy zauważyć wpływy powrotu to przeszłości i tu zagłębię się we swoje wspomnienia z lat młodości...
Miałem pecha (a może fart, bo wtedy nie było komputerów, smartfonów i innych zjadaczy czasu), żyć w ciężkich czasach komunizmu, kiedy w sklepach były tylko radzieckie zegarki Czajka, Poliot i Vostok, a każdy podchodzący do komunii świętej dostawał przeważnie swój pierwszy zegarek na rękę. Jeśli ktoś z rodziców miał dojścia do Pewexu lub Baltony (sklepy, w których można było kupować zagraniczne towary za bony walutowe lub dolary amerykańskie), miał szanse na zakup pierwszych zegarków elektronicznych, które były banalnie proste w obsłudze (pokazywały tylko czas, datę i ewentualnie sekundnik), ale posiadanie na nadgarstku czasomierza z napisem Casio, wystrzeliwało Cię w szkole do poziomu elitarnego towarzystwa. Nieco później (około połowy lat 80-tych), kompletnym szałem okazał się nieziemsko wyglądający zegarek "marki" Montana, który grał siedmioma melodyjkami, a więc można było przydzielić do wbudowanego budzika indywidualny sygnał na każdy dzień tygodnia! (na zdjęciu jest późniejszy model z większa ilością melodyjek).


Jeśli się zbyt intensywnie słuchało tych piskliwych utworów, bateria kończyła się w zastraszającym tempie, a nie łatwo było o nowe, więc nie łatwo było kogoś na mówić na puszczanie melodyjek. To oczywiście były chińskie podróbki doskonałego modelu Casio, który do dziś można kupić w wersji Classic.


Kiedy nastąpiły pierwsze objawy odwilży politycznej i nasz rynek zaczął się cywilizować, z zachodnich krajów przyszła u nas moda na rewelacyjne masywne i super wytrzymałe czasomierze Casio serii G-Shock. Te okrągłe z dużymi wyświetlaczami były tak koszmarnie drogie, że japoński producent wymyślił równie wytrzymałą, wodoodporną konstrukcję, jednak bardziej cenowo przystępną. Ta wersja zgodnie z powracającą modą na stylistykę Vintage, też jest teraz wskrzeszona i można sobie taki zegarek kupić za całkiem nieduże pieniążki. Może nie połączy się z telefonem, nie odbierze SMS’a, ale za to odpłaci się nam bezawaryjnym działaniem przez kilka lat na jednej baterii.


Powiem szczerze, że kiedy gdzieś na witrynie sklepu z zegarkami zobaczyłem ten model, to odezwało się do mnie radosne wspomnienie nastoletnich lat, kojarzone z beztroską zabawą, kumplami, pierwszymi dziewczynami... Tym bardziej to przeżycie powróciło, kiedy dostałem newsa od polskiej marki MAXCOM, która wpadła na ciekawy pomysł połączenia stylu tego legendarnego modelu z przełomu lat 80/90-tych, z nowoczesną technologią znaną ze współczesnych smartwatch’y i opasek sportowych. W ten sposób powstał właśnie model MAXCOM Fit FW22 Classic Smartwatch, który drgnął moim sercem (a może tęsknotą za latami młodzieńczymi), do tego stopnia, że napisałem do działu PR (Press Release) z pytaniem, czy da radę model ten przetestować. Otrzymałem pozytywną odpowiedź, ale trzeba było chwilę poczekać na załatwienie sampla do testów, więc z natury niecierpliwy, pognałem do sklepu i go kupiłem w rewelacyjnej cenie... Ale o szczegółach opowiem na koniec tej recenzji.

Już z grafiki na opakowaniu możecie sobie porównać FW22 do wspomnianego wyżej zegarka Casio. Prawda że uderzająco podobny?


Na odwrocie kartonika znajdziemy informacje, co to urządzenie potrafi. Na "papierze" jest tego całkiem sporo i lista możliwości nie odbiega zbytnio od standardów większości niedrogich opasek. W środku prócz samego smartwatch’a, dostaniemy tylko kabelek do ładowania akumulatorka i skróconą instrukcję jego obsługi.



Sam "zegarek" prezentuje się fajnie i faktycznie wspomnienia wracają. Pamiętam jak dziś, że plastikowa, ale bardzo masywna obudowa modelu G-Shock z głęboko osadzonym dla ochrony szkłem, budziła poczucie niezniszczalności. W dodatku był to mój pierwszy czasomierz, w którym mogłem się kąpać i pływać w basenie! Identycznie jest w przypadku Fit FW22 Classic. To nieciężka, ale solidna konstrukcja z głębokim rantem, który będzie chronił wyświetlacz TFT IPS. Jest on nie duży, bo jego długość wynosi 0.96-cala i mieszczą się na nim podstawowe, stałe przydzielone informacje, jak czas, data, temperatura powietrza, ikona pogody oraz trzy kreseczki informujące o stanie naładowania akumulatorka (zielona - Full / pomarańczowa - Midle / czerwona - Minimum)





Całości stylistycznej dopełnia plastikowy pasek z klasyczną zapinką, solidnie przytwierdzony do koperty smartwatch,a wkrętami. Zakres regulacji jest na tyle duży, że zegarek zapniemy zarówno na dziecięcym nadgarstku, jak i solidnej, męskiej łapie.




Na tyle umieszczono sensory dokonujące pomiarów parametrów życiowych naszego organizmu oraz styki do magnetycznej wtyczki ładowania akumulatorka. Biegunowość magnesów przyciąga końcówkę kabelka tylko przy ułożeniu w jedną stronę (w drugą odpycha). Ich moc pozwala na dość stabilne połączenie, choć lepiej nie ruszać smartwatch’em podczas ładowania.


Napomknę jeszcze, że w ofercie marki MAXCOM, jest wersja biała Fit FW22 Classic, niestety obecnie w sklepach niedostępna, więc wspominam o niej tylko z dziennikarskiego obowiązku.

Copyright © 2000 - 2022 IN4.pl